Ostatnia aktualizacja: 3 września 2003
Autor: Andrzej "Jaśmin" Urbański
Na tegoroczny Malbork ostrzyłem sobie wraz z ekipą zęby dosyć długo, tym bardziej, że mieliśmy poręczenie i glejt od Mirka Konarskiego, który organizował stronę krzyżacką w tym roku. Porównując tragiczne warunki z roku 2002 i to, co nam zaoferował rok 2003, pomyśleliśmy "jest dobrze, możemy jechać". I się grubo przejechaliśmy.
Bardzo wiele nasłuchaliśmy się na Grunwaldzie od różnych osób, że Malbork 2003 nie popełni błędów lat wcześniejszych. Organizatorzy chcieli zrobić imprezę konkurującą we wszystkim z Bitwą Grunwaldzką. Było nie było Unia Janowiecka (współorganizator tej imprezy), która rywalizuje z Kapitułą RR, nie powinna rzucać słów na wiatr. A poza tym, mieli atut nie do przebicia: Zamek Malborski, wielką cytadelę Zakonu Krzyżackiego, w którego scenerii można zrobić największą imprezę rycerską w Polsce. Uwierzyliśmy.
Na miejscu byliśmy już w piątek, gdyż wymagano od nas stawienia się o 13 w piątek 18 lipca na placu, celem przećwiczenia inscenizacji bitwy. O dziwo, praktycznie nikogo nie było. Ludzie dopiero zaczęli się zjeżdżać, bo było nie było, wielu dopiero po południu kończy pracę, bądź też ma do przejechania cały wielki kawał Polski. Cóż, pierwsza wpadka programowa. Kolejną wpadką było osławione zdjęcie wydrukowane w wiece poczytnym, międzynarodowym tygodniku. Miało to być w założeniu zdjęcie uczestników oblężenia. Ci, co widzieli gazetę, wiedzą co z tego wyszło. Drobiazg taki, że o kilka godzin przesunął się termin wykonania zdjęcia z 16 na ok. 19 może, oraz ze zdjęcia uczestników inscenizacji wyszedł plakat reklamujący jakąś nową strategię komputerową. Na szczęście przyjechałem późno i nie dotknęł mnie osobiście owo opóźnienie. Przyjechałem na samą wieczorną ucztę, którą mile wspominam - dobra muzyka, po piwie, udku kurczaka i szaszłyku na głowę - zapowiadało się nieźle i nic nie sugerowało późniejszych problemów.
Podczas biesiadyi późniejszych piątkowych wydarzeń poznaliśmy parę osób z Kaliningradu - jak się dowiedzieliśmy na miejscu, przyjechało chyba z 5 grup z Rosji i Białorusi: grupy walczące i grupy taneczno-śpiewające - w sumie dobra, silna reprezentacja.
Miejsca noclegowe były tradycyjne i nie ma co tu komentować: siły krzyżackie nocowały przy gródku nad jeziorkiem w chaszczach, równiejsi z Unii Janowieckiej i kombinatorzy w szkole, gdzie były prysznice oraz ciepła woda, a "mega-równi" goście w internacie.
Poranek sobotni 19 lipca zaczął się bardzo interesująco. Jako że są wakacje, w szkołach prowadzi się różnorakie remonty. Tej szkoły też to nie ominęło: ok. 8:20 rano obudził mnie przeraźliwy dźwięk szlifierki kątowej. Cóż, pewnie robotnikom ktoś kazał jakieś rury piłować - tak bywa. Jednakże po wstępnym rozpoznaniu okazało się, że to jakiś rymcerz swą super szlifierką czyścił miecze, bo "o godzinie 11 zaczyna się przemarsz przez miasto i miecze powinny być na złotówkę." Jako, że jestem szybkiego języka, nie zdzierżyłem owego grubiaństwa. Toż nawet Szczerbiec królewski był cegłą i piachem szlifowany!
Kolejna niespodzianka pojawiła się, gdy trafiliśmy do punktu informacyjnego po talony na żywienie: o dziwo okazało się, że nasze talony na nasze żywienie organizator dzień wcześniej już wydał innym ekipom. Co lepsze, nie było już jakichkolwiek innych. Ponoć budżet tej imprezy wynosił 150 000 zł. Ponoć kilkadziesiąt tysięcy osób przyszło ją oglądać. Okolice zamku zostały wykupione przez firmy sponsorujące ten turniej, ale pytanie, które zadawali sobie rycerze: na co poszła zatem kasa, która trafiła na ten turniej od sponsorów, dzierżawców miejsc handlowych, sprzedawców bibelotów itp.? Na pewno nie na żywienie dla zebranych tu rycerzy. Smutna była też prawda, że goście zagraniczni też nie mieli zapewnionego wiktu, a ponoć Polacy słyną ze swej gościnności.
W każdym bądź razie, moja grupa, która zobowiązała się do pomocy wymiennej przy organizowaniu turnieju łuczniczego, rzekła: skoro nawet nie ma żywienia i jesteśmy tu traktowani jak reszta turystów, to idziemy zwiedzać zamek a niech robią ci, co jadło dostali.
Jako że Mirek jest osobą honorową i wstyd mu było za organizatorów tej imprezy, a słowa dotrzymuje, spod ziemi wytrzasnął parę kuponów i w turnieju łuczniczym pomogliśmy. Sam turniej łuczniczy: bardzo zróżnicowane konkurencje, różne dystanse, czasy, ilość strzał itp. W pewnym momencie już się pogubiłem i przyjąłem tradycyjną rolę kombinerkowego i stoperowego.
Bardzo pozytywne opinie słyszałem o pokazach konnicy - bodajże sarmaci oraz kozacy je czynili przy błoniach zamkowych (notabene w oblężeniu malborskim brały udział grupy X - XVII wiek).
Czas do wieczora, można było spędzić zatem na oglądaniu pokazów, poszukiwaniu organizatorów z Anno Domini 1410 oraz poszukiwaniu miejsc, gdzie odbywają się atrakcje owego turnieju. Szczęściem jedna z gazet opublikowała plan imprezy wraz z programem, zatem można było z gazety się dowiedzieć, jakie ciekawe rzeczy będą się niby działy tutaj.
Gwóżdź wieczornego programu, oraz punkt, na który przybyli głównie turyści to była inscenizacja oblężenia malborskiej cytadeli - właściwie jej nieudolna próba. Nie dziwię się, że wojskom polskim kilkaset lat wcześniej też się nie udało. Bitwa wywarła potwornie negatywne wrażenie i na mnie jako uczestniku, i na mojej rodzinie, która po raz kolejny obserwowała bitwę malborską jako turyści.
Zaczęło się od tego, że miecze (jednoręczne) mają być oszlifowane na złotówkę (szlifierką o 8. rano najlepiej), potem człowiek faktycznie przykładał złotówkę do miecza i mówił, że wszystko ma zniknąć, co wystaje ponad nią. Dla nas był to cios i niezły ubaw. Mieliśmy miecze czeskiej produkcji, które według zasad organizatorów winniśmy skrócić zatem o połowę - właściciele czechów wiedzą pewnie, czemu. Oczywiście nie było takich obostrzeń dla posiadaczy berdyszy, które prawie ostre weszły na bitwę, gdyż były zrobione historycznie, dla właścicieli szydła (no, szydełka, bo tylko 2 metry długości), toporów duńskich itp. Po prostu organizatorzy uznali, że najniebezpieczniejszą bronią są miecze i trzeba je: oszlifować, a ostrza na złotówkę. Dzięki takim obostrzeniom, na bitwę były też wpuszczane osoby w samych przeszywanicach i hełmach z odsłoniętą twarzą, słowianie, wikingowie - osoby z RR wiedzą jak są opancerzeni, na standardy rycerskie. W ramach dodatkowych warunków bezpieczeństwa, każdy uczestnik bitwy dostał bilet wejściowy i uwaga: tajne hasło, by mógł na nią wejść. Tajne hasło było potrzebne, gdyż ktoś ukradł takim grzecznie walczącym talon i na lewo chciał wejść na inscenizację. Trzecim już ostatecznym gwoździem do trumny bezpieczeństwa była BRAMKA. Przez bramkę można było wejść na teren inscenizacji, nabramce sprawdzano, czy miecze są zrobione na złotówkę. Jeśli nie było, miecz był odkładany na bok, a uczestnik mógł wejść za bramkę już bez miecza - jeśli chciał, mógł walczyć wtedy tylko pięściami. Nasze dwa czechy zostały oczywiście odrzucone, bo nie będziemy przecież na jedną imprezę kaleczyć broni. Na szczęście, była to taka typowa bramka dla postrachu, po przepuszczeniu wszystkich rycerzy, cała broń zarekwirowana została przeniesiona na punkt, gdzie stacjonowały wojska krzyżackie mające się inscenizować. Wielkie było nasze rozbawienie, gdy przed naszymi rękami pojawiły się nasze czeszki, dwa berdysze, kilka innych skonfiskowanych wynalazków. W sumie kto chciał, już teraz mógł przed chwilą zarekwirowaną broń wziąć za pas. Jako że nie lubimy przeginać i mieliśmy jak zawsze broń dodatkową, która pozytywnie przeszła kontrolę, nie musieliśmy się dozbrajać, zaś inni zrobili to bez skrępowania, gdyż BRAMKI już nie było. O samej bitwie: w sumie 3 minuty czynnej walki z przeciwnikiem, który jej unikał i trzymał się na odległość 2 m od linii krzyżackiej. Ostrzał łuczników, który o mało nie spacyfikował publiczności (w przeciwieństwie do roku 2002 strzały nie trafiły w publikę, tylko ciut obok). Oraz atrakcja bitwy: ilu z was przeżyło trafienie ze skorpiona - taka kusza - strzela się bełtami 2 metrowymi na dobre 400 metrów. Powiem wam, że w Malborku coś takiego przeżyło dwu rycerzy: jeden dostał w korpus, drugi rykoszetem w hełm - ponoć dyżurny lekarz stwierdził, że było super, tylko dwa drobne skaleczenia I jedno ogłuszenie stwierdzono po bitwie! Obaj żyją, gdyż bitwa miała być bezpieczna i po nikogo karetka przyjechać nie mogła. Przygód podobnych z bitwy jeszcze parę opowiedzieć można.
Biesiada dnia sobotniego była już koszmarkiem: tradycyjnie równi i równiejsi. Jako organizator turnieju i baczny obserwator innych imprez nie uznaję, że na takiej imprezie jak Malbork, tak bardzo komercyjnej, nie zapewnia się tym, co tą komercję zapewniają niezbędnego minimum: jadła, picia itp. Z dyskusji, które przeprowadziłem z kilkoma osobami, min. organizatorami inscenizacji, dowiedziałem się, że impreza miała na celu wypromować Zamek w Malborku i Malbork, zaś rycerze mieli być dodatkiem dla mile spędzających tu czas turystów i raczej nie powinni niczego żądać, a wręcz cieszyć się, że mieli dach nad głową, bo z budżetu 150000 zł nie było szans na wykrojenie ani grosza więcej.
Pałowanie - to sobotnio-niedzielna zabawa, zwana turniejem bojowym. Jegomościowi w dowolnym opancerzeniu (byli tu przecież bardzo lekkozbrojni Słowianie) zakładano wielki hełm, przypominający rozmiarami i kształtem hełm nurka z XIX wieku, a następnie wręczano w rekę pałę podobną do kija dresiarskiego z dodatkiem tłumienia i skóry - razem ponad 4 kg wagi. Przy pomocy pały trzeba było uderzać przeciwnika. W zależności od jego opancerzenia potrzebne było od 3 do 5 trafień. Publiczność miała zdrowy ubaw, już dawno nie widziałem tak rechotających turystów na turnieju rycerskim; ale nie dziwota, sami lordowie i książęta stawali w szranki. Jeżeli chcecie na własnych turniejach zrobić konkurencję na rozbawienie publiki, to gorąco ją polecam. Niestety ta żenada trwała jeszcze w niedzielę, którą urozmaicił turniej na żelazo: zgodnie z zasadami można było się sztychować, zatem sztychy koło twarzy parę razy przeleciały.
Jeżeli chcecie zobaczyć, jakich błędów nie popełniać na imprezach rycerskich z gorącego serca wam polecam jechać do Malborka. Jeśli chcecie wiedzieć, jak zrobić imprezę komercyjną, na której będziecie mieli kilkadziesiąt czy kilkanaście tysięcy turystów z pieniędzmi do zostawienia na kiełbasy, browar, zwiedzenie muzeum oraz frajerów, którzy przyjadą na własny koszt, wyżywią się sami - trzeba im tylko trochę miejsca dać na dach nad głową - skontaktujcie się z organizatorami inscenizacji malborskiej.
Pozytywy i negatywy tej imprezy, które się rzucają w oczy:
1. Organizatorzy nie potrafią ogarnąć tak wielkiej imprezy - nie mają potencjału.
2. Organizatorzy nie mają wiele wspólnego z ruchem rycerskim.
3. Niewykorzystanie możliwości Zamku Malborskiego - rozlokowanie turnieju na jeszcze większym obszarze umożliwiłoby obejrzenie go przez jeszcze większą rzeszę osób.
4. Brak zdecydowania co do bezpieczeństwa na bitwie (talony, szlifowanie i walka z berdyszami).
5. Brak wyżywienia dla uczestników.
6. Who is who - czyli nie wiadomo, kto tu właściwie rządzi i ma coś do powiedzenia.
7. Talony na bitwę oraz dbanie o bezpieczeństwo uczestników (tylko słowne niestety, ale zawsze coś).
8. Możliwość zwiedzenia zamku.
9. Kontakt z grupami zagranicznymi zwerbowanymi przez Mirka Konarskiego.
10. Pokaz konny - ponoć dobry - nieczęsto spotykany na imprezach i rycerskich, i słowiańskich.
A co by było, gdybyna inscenizację za rok nie przyjechał ani jeden rycerz, dama ani łucznik z ruchu rycerskiego szeroko rozumianego? Chyba tylko uczniowie szkoły w Malborku mogliby już tylko zadbać o tą imprezę. Zatem, polecam za rok: jedzcie tam jako turyści: zabawicie się lepiej, stracicie mniej kasy i nerwów, obejrzycie dobrą inscenizację w wykonaniu aktorów i uczniów szkół.
Andrzej Urbanski
Drużyna Rycerska Bogusława V